21 lutego 2014

ratunek hiszpańskiego klubu

Rok temu kibice i piłkarze udowodnili, że razem mogą zdziałać cuda. Michu, Santi Cazorla i Juan Mata to byli gracze Real Oviedo - klub, który gra teraz w trzeciej hiszpańskiej lidze. Te trzy gwiazdy Premier League przeszli przez szkółkę tego małego klubu, zostali zauważeni przez wielkie kluby i teraz cieszą się popularnością na całym świecie. Ale nie o nich będę pisał, tylko o kryzysie, który został pokonany w dużej części przez fanów futbolu.
Zaczęło się rok temu, kiedy zarząd Realu Oviedo oficjalnie ogłosił, że mają problemy finansowe i grozi im bankructwo. Jeżeli nie zdobędą jak najszybciej potrzebnej ilości pieniędzy na utrzymanie klubu przy życiu, to może dosłownie zniknąć. Aby temu zapobiec na rynku pojawiła się możliwość kupna akcji. Dzięki brytyjskiemu dziennikarzowi Sid Lowe, który spędził kawałek swojego życia w Oviedo na wymianie studenckiej, wiadomość pod tytułem S.O.S. REAL OVIEDO rozpowszechniła się bardzo szybko w sieci, telewizji i prasie. 
baner z napisem "Uratuj Real Oviedo" na meczu Celtic Glasgow vs FC Barcelona
Wciągu kilku tygodni kibice, piłkarze, przedsiębiorcy, nawet najbogatszy człowiek Świata - Carlos Slim zaczęli kupować akcje klubu. Uzbierali 1,9 mln euro, dzięki którym drużyna Realu Oviedo mogła zostać opłacona i kupić licencję do gry w lidze. Fanom przypada aż 40.81% udziałów, a najbogatszemu człowiekowi na świecie 32.44%. Do tego dochodzą małe procenty piłkarzy, którzy z wielkim zaangażowaniem wspierali klub od samego początku. 
skromna oprawa kibiców po udanej akcji ratowania swojego klubu
Co ciekawe, piłkarze nie otrzymywali swojej pensji przez całe sześć miesięcy. Pomimo tego grali dalej, wierząc w przyszłość swojej drużyny. Michu, który teraz gra w Swansea City, powiedział w jednym wywiadzie, że Real Oviedo to miejsce, w którym się zaczęła jego kariera jako profesjonalista i też będzie miejscem, w którym ją zakończy. Sympatia piłkarzy i kibiców do tej drużyny jest tak imponująca, że razem zdołali ją wyprowadzić z kłopotów finansowych i dać jej dalszą możliwość grania. Wielki szacunek za to.

17 lutego 2014

piłkarska podróż po australii

Jeszcze kilka lat temu Australia kojarzyła się z wiecznym latem, kangurami i piosenką Down Under. Nie możemy mówić o masywnym wzroście zainteresowania w piłkę nożną, ale na kontynencie sport ten znajduje coraz większą grupę zwolenników. Dzieje się tak głównie przez to, że reprezentacja Australii zakwalifikowała się do Mundialu trzeci raz z rzędu i przez europejskie gwiazdy, które przyjechały zarobić ostatnie miliony zanim skończą karierę, grając w jednym z australijskich klubów.
Hunter Stadium i jego słynne wzgórze. Spotkania piknikowe podczas meczu piłki nożnej
Podróż po piłkarskiej A-League zaczynamy od Hunter Stadium. Stadion sportowy znajdujacy się w australijskim Newcastle dzielą ze sobą dwie drużyny. Newcastle Knights grają w rugby, a Newcastle Jets w piłkę nożną. Tutaj można znaleźć jeszcze pozostały relikt z amatorskich czasów, kiedy klub zaczął swoją działalność. Za bramkami nie znajdują się trybuny, lecz trawiaste wzgórza, na których kibice mogą sobie zafundować napoje alkoholowe, oglądając przy tym Emila Heskey, który znajduje się w drużynie gospodarzy.
Drugi przystanek to drużyna Western Sydney Wanderers. W tym klubie grają piłkarze tacy jak Shinji Ono, Jerome Polenz i Micheal Beauchamp - czyli gracze, o których w Polsce mało kto słyszał. Pomimo braku wielkich gwiazd i dużego budżetu udało im się zdobyć w zeszłym roku tytuł wicemistrza A-League. W bardziej znanym Sydney FC świeci umiejętnościami raczej tylko Alessandro Del Piero, będący pożądaniem łowcy autografów podczas derbów tego miasta.
Najpóźniej w Brisbane każdy zauważa, że dobra pogoda to standard na wybrzeżach Australii. Piłkarze i piłkarki tego klubu cieszą się dużą popularnością na kontynencie. Mecz Brisbane Roar vs Perth jest prawdziwą atrakcją, ale nie w piłce nożnej mężczyzn, lecz kobiet. Tak, tutaj one zdobywają więcej trofeów i mają na bramce najlepszą piłkarkę Europy - Nadine Angerer, która jednak chce przejść do jednego z amerykańskich klubów w następnym sezonie. Pech, ale atmosfera na meczach na pewno zostanie znakomita.
Czym byłaby podróż po piłkarskiej Australii bez odwiedzin w Melbourne, potajemnej stolicy. Tutaj swoją siedzibę ma klub Melbourne Victory, którzy wygrali dwa razy mistrzostwo w ciągu ośmiu sezonów. Ten klub stara się mocno zainfekować mieszkańców piłkarskim wirusem, zapraszając wielkie kluby na spotkania towarzyskie. Ostatnio grali z Liverpoolem przy widowni składającej się z 95 tysięcy kibiców, a przed tym m.in. z Juventusem.
Piłka nożna w Australii zmierza w dobrym kierunku. Nowe stadiony, szkółki piłkarskie i zdrowe decyzje zarządu to działania, które pokazują, że wybrali prawidłowy szlak i mam nadzieję, iż to nie jest tylko momentalne, lecz na dłuższą metę. Kto wie, może za kilka lat A-League będzie na równi z MLS.

14 lutego 2014

czarno-żółte serce stadionu

Kibice wydają całkiem wysoką sumę pieniędzy dla miejsca siedzącego w Signal Iduna Park, by potem zamienić się z innymi fanatykami na miejsce stojące, rezygnując ze wszelkich dodatków typu piwo, hot dogi itd. ponieważ atmosfera panująca w tzw. Südtribüne przekracza wszystkie normy i trzeba to przeżyć na własnej skórze.
Z tym pewnego rodzaju paradoksem możemy się spotkać u fanów Borussii Dortmund, którzy pragną być częścią tej wielkiej trybuny, w której na każdym meczu 25 tysięcy miłośników dopinguje przez 90 minut lub dłużej swoją drużynę.
Imponujące choreografie, kreatywne przyśpiewki i niepowtarzalna atmosfera charakteryzują tzw. żółtą ścianę. Roman Weidenfeller powiedział kiedyś, że mając jako bramkarz południowy sektor za sobą czuje się pewniejszy podczas meczu, lecz gdy jesteś bramkarzem drużyny przyjezdnej, to prowokuje poczucie strachu i niepewności we własne umiejętności.
Fani mówią o największym stadionowym zamku do skakania i nie dziwię się wcale. Wystarczy poświęcić 5 minut meczu na obserwowanie nastroju, który panuje w Signal Iduna Park. Można czasem pomyśleć, że za chwilę się załamie słynna Südtribüne. Zobaczcie sami.