19 lutego 2014

kiedy futbol zmienia życie

Brazylijski piłkarz Jorginho, który wygrał w 1994 roku Mistrzostwa Świata, założył 14 lat temu organizację Bola Pra Frente - piłką do przodu. Pierwszy ośrodek znajdował się na zachodzie Rio de Janeiro, następny pojawił się w Santa Cruz. Projekt ten ma na celu pomaganie w ucieczce przed przeraźliwą codziennością biedniejszych zakątków Brazylii, przepełnionych przemocą, wandalizmem i narkotykami, do miejsca, w którym mogą się uczyć i rozwijać swoje pasje.
Dzieci uczą się, uprawiając sport, bądź biorąc jako przykład sportowców. W ten sposób młode osoby zapamiętują alfabet imionami piłkarzy. J to Jorginho, K to Kaka itd. Dzięki grze m.in. w piłkę nożną nabywają umiejętność współpracy, ponoszenia odpowiedzialności, przestrzegania reguł i szacunku wobec innych. Inne uprawiane dyscypliny sportowe w Bola Pra Frente to siatkówka, koszykówka i taniec. Do tego nieoficjalnie dochodzi również śpiewanie różnych piosenek piłkarskich.
Ponad 900 ludzi w wieku 6-21 lat udało się uratować przed złą przyszłością w podmiejskich slumsach, gwarantując im dobre wykształcenie, które jest niezmiernie potrzebne do udanego życia w Brazylii. Organizacja ta jest pięknym przykładem, że futbol to nie tylko sport, lecz okazja na łączenie pasji z nauką.

17 lutego 2014

piłkarska podróż po australii

Jeszcze kilka lat temu Australia kojarzyła się z wiecznym latem, kangurami i piosenką Down Under. Nie możemy mówić o masywnym wzroście zainteresowania w piłkę nożną, ale na kontynencie sport ten znajduje coraz większą grupę zwolenników. Dzieje się tak głównie przez to, że reprezentacja Australii zakwalifikowała się do Mundialu trzeci raz z rzędu i przez europejskie gwiazdy, które przyjechały zarobić ostatnie miliony zanim skończą karierę, grając w jednym z australijskich klubów.
Hunter Stadium i jego słynne wzgórze. Spotkania piknikowe podczas meczu piłki nożnej
Podróż po piłkarskiej A-League zaczynamy od Hunter Stadium. Stadion sportowy znajdujacy się w australijskim Newcastle dzielą ze sobą dwie drużyny. Newcastle Knights grają w rugby, a Newcastle Jets w piłkę nożną. Tutaj można znaleźć jeszcze pozostały relikt z amatorskich czasów, kiedy klub zaczął swoją działalność. Za bramkami nie znajdują się trybuny, lecz trawiaste wzgórza, na których kibice mogą sobie zafundować napoje alkoholowe, oglądając przy tym Emila Heskey, który znajduje się w drużynie gospodarzy.
Drugi przystanek to drużyna Western Sydney Wanderers. W tym klubie grają piłkarze tacy jak Shinji Ono, Jerome Polenz i Micheal Beauchamp - czyli gracze, o których w Polsce mało kto słyszał. Pomimo braku wielkich gwiazd i dużego budżetu udało im się zdobyć w zeszłym roku tytuł wicemistrza A-League. W bardziej znanym Sydney FC świeci umiejętnościami raczej tylko Alessandro Del Piero, będący pożądaniem łowcy autografów podczas derbów tego miasta.
Najpóźniej w Brisbane każdy zauważa, że dobra pogoda to standard na wybrzeżach Australii. Piłkarze i piłkarki tego klubu cieszą się dużą popularnością na kontynencie. Mecz Brisbane Roar vs Perth jest prawdziwą atrakcją, ale nie w piłce nożnej mężczyzn, lecz kobiet. Tak, tutaj one zdobywają więcej trofeów i mają na bramce najlepszą piłkarkę Europy - Nadine Angerer, która jednak chce przejść do jednego z amerykańskich klubów w następnym sezonie. Pech, ale atmosfera na meczach na pewno zostanie znakomita.
Czym byłaby podróż po piłkarskiej Australii bez odwiedzin w Melbourne, potajemnej stolicy. Tutaj swoją siedzibę ma klub Melbourne Victory, którzy wygrali dwa razy mistrzostwo w ciągu ośmiu sezonów. Ten klub stara się mocno zainfekować mieszkańców piłkarskim wirusem, zapraszając wielkie kluby na spotkania towarzyskie. Ostatnio grali z Liverpoolem przy widowni składającej się z 95 tysięcy kibiców, a przed tym m.in. z Juventusem.
Piłka nożna w Australii zmierza w dobrym kierunku. Nowe stadiony, szkółki piłkarskie i zdrowe decyzje zarządu to działania, które pokazują, że wybrali prawidłowy szlak i mam nadzieję, iż to nie jest tylko momentalne, lecz na dłuższą metę. Kto wie, może za kilka lat A-League będzie na równi z MLS.

14 lutego 2014

czarno-żółte serce stadionu

Kibice wydają całkiem wysoką sumę pieniędzy dla miejsca siedzącego w Signal Iduna Park, by potem zamienić się z innymi fanatykami na miejsce stojące, rezygnując ze wszelkich dodatków typu piwo, hot dogi itd. ponieważ atmosfera panująca w tzw. Südtribüne przekracza wszystkie normy i trzeba to przeżyć na własnej skórze.
Z tym pewnego rodzaju paradoksem możemy się spotkać u fanów Borussii Dortmund, którzy pragną być częścią tej wielkiej trybuny, w której na każdym meczu 25 tysięcy miłośników dopinguje przez 90 minut lub dłużej swoją drużynę.
Imponujące choreografie, kreatywne przyśpiewki i niepowtarzalna atmosfera charakteryzują tzw. żółtą ścianę. Roman Weidenfeller powiedział kiedyś, że mając jako bramkarz południowy sektor za sobą czuje się pewniejszy podczas meczu, lecz gdy jesteś bramkarzem drużyny przyjezdnej, to prowokuje poczucie strachu i niepewności we własne umiejętności.
Fani mówią o największym stadionowym zamku do skakania i nie dziwię się wcale. Wystarczy poświęcić 5 minut meczu na obserwowanie nastroju, który panuje w Signal Iduna Park. Można czasem pomyśleć, że za chwilę się załamie słynna Südtribüne. Zobaczcie sami.

13 lutego 2014

razem w trudnych chwilach

Prawdziwy kibic stoi za swoim klubem w dobrych i złych momentach. W Polsce bardzo znanym powiedzeniem w tej kwestii są słowa: dumni po zwycięstwie, wierni po porażce. Tak wyglądają zdrowe relacje kibic-drużyna.

W zeszłym sezonie w Niemczech było głośno o akcji fanów Werderu Brema, którzy po przegranym meczu na wyjeździe zostali w stadionie gospodarzy i wciąż po gwizdku dopingowali swoim piłkarzom.
Sytuacja w klubie była nieciekawa, gdyż po wielu udanych sezonach w Bundeslidze pierwszy raz groził spadek do drugiej ligi. Dwa punkty nad strefą barażową, przed sobą jeszcze cztery mecze, w tym dwa z drużynami z górnej części tabeli - Leverkusen na 3. miejscu i Frankfurt na 5.
Na nieszczęście przegrali mecz z ekipą aptekarzy 1:0 i nadzieje na utrzymanie się w niemieckiej ekstraklasie coraz bardziej malały. Mogłoby się wydawać, że wszyscy już się z tym pogodzili, ale nie z kibicami Werderu. Kiedy Thomas Eichin dawał wywiad pół godziny po zakończeniu spotkania w tle słychać było piosenkę Werder Ole - meczowy rytuał kibiców klubu z Bremy. Wnet menedżer przerwał wywiad i pobiegł do kabiny swoich piłkarzy, by zobaczyli co się dzieje w sektorze gości.
Co zobaczyli to prawdziwy duch kibica, motywacja do walki, zaufanie wobec trenera, wiara w umiejętności oraz potencjał klubu, który znajdował się w sportowym kryzysie. Z tą otuchą ruszyli w ostatnie 3 mecze i mimo braku zwycięstw udało się wywalczyć potrzebne punkty do pozostania w Bundeslidze. 
Piłkarze, skład trenerski i zarząd serdecznie dziękowali fanatykom za wręcz bojowe nastawienie swoich miłośników. Kolejny raz kibice pokazali jakże świętą zasadą jest wierność w trudnych chwilach, po raz kolejny mogłem dostrzec piękno piłki nożnej.